RSS

Mini Traper na tropie misia pandy

Mini Traper - Chengdu, Qingyang Temple

Chengdu, Qingyang Temple

Pierwsze dni w Chinach zainspirowały nas do postawienia dosyć ryzykownej religijnie tezy, że buddyzm musi być w jakiś sposób powiązany z chrześcijańską angeologią, ponieważ „oświecony” codziennie stawiał na naszej drodze dzielnych aniołów stróżów. Każdy z nich był młody, mówił lub próbował mówić po angielsku i swoim pragnieniem pomocy zawstydzał nasze pojęcie ofiarności. Drogę do hostelu wskazał nam młody biznesmen, na zakupy do Carrefoura zaprowadziła nas przesympatyczna Wan Xia Li, w poszukiwaniu wózka pomagał nam niezmordowany Xu Pong Li ze swoją dziewczyną, bilety z Guanghan do Chengdu kupił nam uśmiechnięty student zarządzania ruchem lotniczym, a w podróży na świętą górę Taoistów towarzyszył nam Lju Chun Jin z Chongqing.

Mini Traper - Mount Qīngchéng Shān

Góra Qingchéng Shan

A skoro już mowa o miejscu gdzie narodził się Taoizm, wypada wspomnieć o naszej wyprawie na górę Qingchen Shan, której świątynie i krajobrazy pojawiły się m.in. w drugiej części Kung Fu Panda, animowanego bestsellera wytwórni DreamWorks. Od samego rana mieliśmy pod górę. Na początku szefowa kuchni przez godzinę przygotowywała dla nas śniadanie. I nie chodziło bynajmniej o pieczone na zamówienie croissanty czy świeże truskawki z roztopioną czekoladą Galler. Zamówiliśmy cztery tosty z marmoladą, co oznacza, że dla każdego z nich chińska gospodyni potrzebowała długich piętnastu minut. Kwadrans! Na włożenie chleba do tostera i posmarowanie go masłem oraz dżemem. Prawdopodobnie byliśmy świadkami ustanowienia nowego rekordu Guinnessa. Najważniejsze, że Zosi smakowało!

Mini Traper - Chengdu, hala kas biletowych

Chengdu, hala kas biletowych

Później poszliśmy wymienić euro na juany. „China Bank” wydawał się do tego najodpowiedniejszym miejscem. Krótki dialog z obsługą banku, sprawdzenie paszportu i… konsternacja. Zamiast legalnej transakcji przy okienku strażnik przedstawił nam cinkciarza, a dokładnie cinkciarę i uprzejmie nadzorował wspieranie szarej strefy na marmurowej posadzce finansowego giganta. Nie wiedzieliśmy czy juany są prawdziwe, ale kurs był dobry i suma się zgadzała. Grzeczne xie, xie i już znikaliśmy w podziemiach centralnej stacji metra Tianfu Square. Za 2 RMB nowoczesne metro podwiozło nas na Północny Dworzec Kolejowy (North Railway Station). To co zobaczyły nasze oczy po wyjściu na powierzchnię przypominało sceny z obrazów „Walka karnawału z postem” czy „Zabawy dziecięce” Pietera (starszego) Bruegla. Niezliczone tłumy ludzi, zgiełk, harmider, nieład i „mysi” kolor nieba. Mieliśmy ochotę schować się z powrotem pod zaciszny sufit podziemnej stacji, ale czas gonił nas przed siebie. Ruszyliśmy więc szybkim krokiem na dworzec. I tutaj kolejna konsternacja. Nie mamy biletów. W Chinach na halę główną dworca kolejowego można wejść tylko z ważnym biletem. Gdzie zatem go kupić? Oczywiście w budynku kas biletowych mieszczącym się w bliskim sąsiedztwie dworca. Przedarliśmy się do miejsca z kilkudziesięcioma okienkami i taką samą liczbą pozakręcanych kolejek i bezradnie rozłożyliśmy ręce. Wszystko było po chińsku!

Mini Traper - Chengdu, rozkład jazdy pociągów

Chengdu, rozkład jazdy pociągów

Zawsze jest jednak jakieś światełko w tunelu. Tym razem zamrugało do nas ze stanowiska numer 14 z angielskim napisem „kasa dla obcokrajowców”. Stanęliśmy w trochę krótszej kolejce, przygotowaliśmy paszporty niezbędne przy zakupie biletów kolejowych i czekaliśmy. Wszystko szło płynnie do godz. 12:00, kiedy to młody kasjer przesłonił szybę ciemnymi żaluzjami i poszedł na przerwę obiadową. Po raz pierwszy zbrukaliśmy chińską ziemię bogatym wachlarzem polskich inwektyw i wulgaryzmów. A że nikt nas nie rozumiał uczyniliśmy to zupełnie swobodnie. Pomogło. Napięcie zeszło i szybko znaleźliśmy rozwiązanie, a byli nim dwaj młodzi Chińczycy, przygotowujący się do kupna biletów w okienku obok. Patrząc na ich przenikliwe spojrzenia w stronę Zosi i przygotowane aparaty, bez namysłu przygotowaliśmy ofertę w języku migowym: zdjęcie Mini Trapera za pomoc w zakupie bilecików. I tak po kilku minutach byliśmy posiadaczami dwóch cennych biletów za 15 RMB, a nasi syczuańscy dobrodzieje cieszyli się z portretu białej dziewczynki w swoich aparatach. Czyż nie wspaniale podróżować z dzieckiem!

Mini Traper - Mount Qīngchéng Shān, w kolejce linowej

W kolejce linowej na Qingchéng Shan

Chociaż do Qingchen Shan jeździ chińskie TGV, dzięki czemu siedemdziesiąt kilometrów przebyliśmy w niecałe pół godziny, to pomysł wyruszenia w góry z dzieckiem o godz. 14:00 przy obficie padającym deszczu, był absurdalny. Postanowiliśmy jednak walczyć do końca, żeby wycisnąć z tej zakręconej wyprawy odrobinę korzyści.

Mini Traper - miasteczko Tan’an

Miasteczko Tan’an

W rzeczywistości ograniczyło się to do wejścia do parku Qingchen Shan (20 RMB), wjazdu (30 RMB) i zjazdu (30 RMB) kolejką linową, krótkim spacerkiem po górach oraz przejściem przez uroczą wioskę Tan’an, całkowicie zrekonstruowaną po trzęsieniu ziemi w 2008 roku. Po drodze spotkaliśmy parę z Izraela, która potwierdziła, że góra Taoistów, mokre popołudnie i dziecko na rękach, to niezbyt sprzyjające okoliczności do poznania kolebki chińskiego systemu filozoficznego. Ten dzień musieliśmy zaliczyć do turystycznie nieudanych, z wyjątkiem pouczającej lekcji podróżnego savoir-vivru: „O zachowaniu się przy kasach i na dworcach chińskich kolei państwowych”. Zziębnięci i przemoczeni zafundowaliśmy sobie przepyszną syczuańską kolację, racząc się widokiem Zosi pochłaniającej kilogramy gotowanego ryżu.

Podoba Ci się tekst? Bardzo się cieszymy! Daj znać innym, kliknij

16 odpowiedzi na „Mini Traper na tropie misia pandy

  1. Dorota pisze:

    Witam, na początku żałuję ze nie przeczytałam opisu Waszego wyjazdu do Chin. Trafiłam na tę stronę przez globetrotera po założeniu wątku o podróży z dzieckiem w Chinach. My zrobiliśmy trochę inną trasę (2 i pół tygodnia): Warszawa-Pekin-Luoyang (groty Longmen)-X’ian (terakotowa armia)-3 dniowy rejs chińskim statkiem po Jangcy zakończony oglądaniem tamy trzech przełomów- Shanghai-Warszawa. Lecieliśmy Aerofłotem i mam bardzo pozytywne wrażenia z podróży tymi liniami lotniczymi. Nasza mała jest starsza bo ma prawie 7 lat a i tak świetnie sobie dawała radę w Chinach i rzecz jasna wzbudzała zainteresowanie.Najgorzej było z jedzeniem bo ona z natury jest niejadkiem i nie za bardzo smakowała jej kuchnia chińska. Mieliśmy przewodnik po Chinach ze sobą ale w Chinach kupiliśmy chińskiego prepaida żeby mieć dostęp do internetu i na bieżąco szukaliśmy i rezerwowaliśmy noclegi przez internet no i szukając hosteli posługiwaliśmy GPS’em.. Co do porozumiewania się po ang to racja-problemy z tym mieliśmy również ale w skrajnych przypadkach posługiwaliśmy się Translator google. A poza tym bilety rezerwowaliśmy przy pomocy obsługi w hostelach. Nie narzekam na komunikację po podróżowało nam się wygodnie aczkolwiek Armaggedon na dworcach kolejowych nie do opisania 9zwłaszcza w Pekinie) to trzeba po prostu przeżyć:) my byliśmy w czerwcu więc było dosyć gorąco aczkolwiek podczas naszego rejsu po Jangcy dwa razy padał deszcz. Miasta-molochy nie zachęcające aczkolwiek najgorszy chyba był Pekin jak dla mnie. A poza tym bardzo miło wspominam te wyprawę. Ale fakt tłumy zwłaszcza w godzinach szczytu w metrze czy na dworcach straszne i ci wiecznie pchający się ludzie:) do przeżycia w sumie ale następnym razem wolałabym już raczej skoncentrować się na prowincji a nie miastach. Na koniec bardzo fajny pomysł z tym blogiem i w wolnej chwili poczytam o innych miejscach. Mi się marzy teraz wyprawa na Kubę:) Pozdrawiam serdecznie

    • Mini Traper pisze:

      Doroto wielkie dzięki za komentarz i wypowiedź na globtroterze. Dobrze, że nie przeczytałaś artykułu przed Waszym wyjazdem ponieważ jeszcze go nie było:) Zazdrościmy Wam Trzech Przełomów i Terakotowej Armii. Jak te Przełomy wyglądają? Ponieważ wielu turystów twierdzi, że po zbudowaniu tamy i podniesieniu poziomu wody nie robią już jakiegoś wyjątkowego wrażenia.
      Nie wiem jak Wy, ale my po Chinach rozczytujemy się w tym kraju (jak nie czytałaś polecam Troosta „Zagubiony w Chinach” – recenzja w naszej „Bibliotece”). To jakaś jedna wielka tajemnica. Oczywiście obowiązkowo chcemy tam wrócić. Ale to na razie melodia przyszłości. O Kubie też myślimy, jednak ciągle za nami chodzi Malezja, więc w przyszłym roku (już w „4”) pewnie obierzemy południowo-wschodni kierunek.
      Pozdrawiam:)

      • Dorota pisze:

        co prawda nie byłam w Malezji ale polecam Tajlandię jeżeli chodzi o wyprawę z dziećmi bo można odpocząć sobie na jakiejś fajnej wysepce z piękną plażą i cudowną wodą:) a poza tym atrakcje takie jak: przejażdżka na słoniu, oglądanie małpek, orchidei etc. w każdym nawet guesthouse w jakim się nocuje jest spora masa propozycji różnorakich wycieczek.
        A wracając do Chin to zapewne przełomy wyglądały wspaniale przed wybudowaniem tamy (woda podniosła się powyżej 100 m) ale moim zdaniem i tak warto je zobaczyć. A sama tamę można podziwiać z oddali. A co do Terakotowej Armii to moim zdaniem również warto ją zobaczyć (my wykupiliśmy sobie wycieczkę z hostelu z przewodniczką i w ten sposób zwiedzaliśmy tę atrakcję; dodatkowy plus bo można poznać innych turystów i mi szczególnie miło rozmawiało się z Amerykanami). Figurek żołnierzy z Terakotowej Armii jest mnóstwo i różnią się one od siebie.Atrakcją może trochę nietypową jest również staruszek (jeden z „odkrywców” Terakotowej Armii), który rozdaje autografy na zakupionych w sklepiku książkach o Terakotowej Armii. Kupiłam taką książkę z autografem mężowi bo akurat przypadały jego urodziny podczas naszej podróży:) A co do książek o Chinach to kupiłam trzy: Liao Yiwu: Prowadzący umarłych (Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych), Gao Ertai : W poszukiwaniu ojczyzny. Wspomnienia z chińskiego obozu pracy oraz….Beaty Pawlikowskiej: Blondynka w Chinach. Do tej ostatniej książki nie byłam przekonana ale urzekły mnie ładne zdjęcia no i zachęciły opisy dotyczące herbatki chińskiej. Będąc w Pekinie wstąpiliśmy do Tea House i zakupiliśmy cztery paczki herbaty chińskiej, którą teraz popijam w pracy aczkolwiek żadną koneserką herbaty nie jestem:) Pozdrawiam

        • Mini Traper pisze:

          Dzięki za nowe „chińskie” tytuły. Myślę, ze w duchu dwóch pierwszych napisana jest inna warta przeczytania książka – Jung Chang „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin”, o przemianach, które zaszły w ostatnim stuleciu z punktu widzenia trzech pokoleń. Herbatę oczywiście też piliśmy, ale najbardziej zaskoczyło nas dobre chińskie wino i kawa w Lijiang.
          O Tajalandii oczywiście również myśleliśmy i jeżeli Malezja nie dopisze pewnie wylądujemy w Bangkoku. Jeżeli tak rzeczywiście będzie na pewno zgłosimy się po info:)
          Pozdrawiamy z deszczowej Brukseli, w której nota bene mieszkamy.

          • Dorota pisze:

            A ja pozdrawiam z Warszawy pochmurnej raczej. A właśnie w Brukseli byłam tylko raz i tylko dwa dni:))) a co do Tajlandii to byłam tam 5 lat temu ale przypomne sobie w razie potrzeby.

          • Mini Traper pisze:

            Doroto, jak będziesz(cie) w Belgii czy w Brukseli chętnie posłużmy za przewodników po ciekawych miejscach. Chociaż to mały kraj, ma całkiem sporo miłych zakątków. À bientôt!

          • Dorota pisze:

            dziękuje za chęć pomocy w zwiedzaniu Brukseli:) a wolnej chwili zachęcam do lektury mojego lekkiego artykuliku w gazetce branżowej dotyczącego naszej podroży po USA (tez z dzieckiem) zatytułowanym: Yes We Did:) (przedostatni artykuł) Pozdrawiam

            http://www.oirpwarszawa.pl/pdf/116.pdf

  2. Magda pisze:

    witam,
    trafiam tu przez Globtrotera – tez mnie interesuje wyjazd z dzieckiem(dziecmi) do Chin, wiec wspaniale, ze takie informacje sa dostepne :). Niemniej teraz tylko o ksiazce Liao Yiwu: Prowadzący umarłych … wlasnie ja czytam i polecam. Chociaz przerazaja mnie te opowiesci prawdziwe …… coz za kraj, coz za kraj …..
    Bloga wpisuje do „moich ulubionych” i bede sledzic Wasze kolejne relacje z wakacji z duzym zainteresowaniem :)

    • Mini Traper pisze:

      Magdo, witamy na Mini Traperze

      Chiny… trzeba tam pojechać. Wszystko co przeczytasz i usłyszysz jest prawdą. Ale na miejscu i tak okaże się, że Chiny są… inne, dziwne, egzotyczne, wyjątkowe i straszne. Ten kraj nie pasuje do żadnych szablonów. Byłem trochę w Korei Płd., przez jakiś czas mieszkałem z Japończykami, ale Chiny… to całkowicie inna bajka.
      A ponieważ o książce Liao Yiwu pisała już Dorota we wcześniejszych postach, właśnie ją zamawiam i biorę się za lekturę.
      Dzięki za „ulubione” – Mini Traper też Cię lubi:)

  3. Magda pisze:

    Jestem bardzo ciekawa Twojej opinii po lekturze tej pozycji – mnie poki co „przeraza” – po przeczytaniu kilku pierwszych rozdzialow powiedzialam do meza „jak to dobrze, ze nie urodzilismy sie w Chinach” :)))). A jednak jest cos takiego w tej ksiazce, ze przyciaga … domyslam sie zatem, ze na takiej samej zasadzie przyciagaja same Chiny …
    Musze chyba wreszcie przyjac jedno z wielu zaproszen na konferencje, ktorymi mnie Chiny wabia i wreszcie sie tam wybrac.
    Poki co inne zakatki naszego globu mnie zauroczyly, na przyklad Syberia, Galapagos czy dzungla amazonska – ja sam widzis daleko mi poki co do Chin ale kto wie :)
    Gratuluje pomyslu na super bloga. Sliczna macie coreczke. Wspaniala sprawa, ze juz tyle doswiadczyla jesli chodzi o podrozowanie – zostaje to pozniej na cale zycie.
    Pozdrawiam, Magda

    • Mini Traper pisze:

      Jak tylko przebrnę przez „Umarłych…” podzielę się opiniami w „Bibliotece”. Oczywiście Chiny mogą poczekać, ale nie za długo, żebyś nie pojechała oglądać już tylko samych kopalń, elektrowni i oświetlonych biurowców:)
      Syberia i Amazonia powiadasz Magdo. Marzyłem kiedyś o spływie kajakowym syberyjskimi rzekami, podobno poezja! A tak na marginesie, jak się zwiedza Syberię? Czy tylko chodzi się po tundrze? Czy np. Syberia, to tylko Bajkał? Jest tam bardzo zimno? Jak wygląda baza noclegowa? Czy są jakieś szlaki turystyczne? Skrobnij coś, jak znajdziesz chwilę.
      Zosia dziękuje za komplement, a nam miło że „szwendasz” się po Mini Traperze:) Jeszcze dużo pracy na blogu, bo przez te trzy lata nazbierało się sporo tych wyjazdów, ale powoli będziemy zapełniać „literacki plecak” Mini Trapera.
      Pozdrawiam, Arek

  4. anka pisze:

    Cudowne miejsca:) Wasze zdjęcia robią wrażenie:) Pozdrawiam

  5. lila pisze:

    cudowne miejsce:) koniecznie muszę się tam wybrać:)

  6. Magda Z pisze:

    Arku, cudnie, ze trafiłam na Twoją relację, bo wybieramy się we wrześniu, póki co plany bardzo niesprecyzowane, nawet biletów nie mamy, więc chłonę wiedzę :)

    Pozdrawiam

  7. Magda L. pisze:

    Czy mozecie cos napisac o zakupach codziennych dla dzieci- chodzi mi o jedzenie np. w sloiczkach, pampersy itp. Czy sa dostepne tak, jak u nas? Czy szcespiliscie waszego malucha przed wyjazdem na cos?
    Pozdrawiam
    My wlasnie zabukowalismy Chiny :)

    • MiniTraper.pl pisze:

      Magdo, w miastach na pewno wszystko dostaniecie. Jeśli jednak wybieracie się w bardziej dzikie tereny to radzę wcześniej się zaopatrzyć. W Lijiang mieliśmy na przykład problem ze znalezieniem większego rozmiaru pieluch, więc Zosia chodziła w ciasnych rozmiarach. Co do słoiczków – nie wiem, bo Zosia już jadła normalne posiłki, ale przypuszczam, że reguła jest podobna. Dla Was natomiast jeśli jesteście amatorami kawy to polecam zabrać mały słoiczek, bo tego nam często brakowało (szczególnie na śniadaniu w hotelu).

Dodaj komentarz

Copyright © 2019 by Minitraper.pl
Blog oparty na Wordpress | Szablon na podstawie Engineering and Machinering