RSS

Mini Traper na tropie misia pandy

Chengdu nazywane jest przez przewodniki „przyjazną metropolią”. Nie zwiedzaliśmy innych „dziesięciomilionowców”, ale strach pomyśleć, co dzieje się w Szanghaju, Pekinie czy trzydziestomilionowej aglomeracji Chongqing, skoro w niby spokojnej stolicy Syczuanu stężenie dwutlenku węgla i natężenie ruchu przeszło najśmielsze oczekiwania naszych nadwiślańskich płuc i europejskiej percepcji.

Mini Traper - Chengdu, Tianfu Square nocą

Chengdu, Tianfu Square

Centralnym punktem miasta jest, wyposażony w pomnik Mao, plac Tian Fu. Przypomina trochę krater wulkanu, wokół którego zamiast bazaltowej korony wznosi się industrialny wianuszek szklanych hoteli, biur i markowych sklepów. Jednak nie tutaj bije serce nowoczesnego Chengdu, ale w oddalonej na południowy wschód, komercyjnej dzielnicy Chunxi Lu. Nikt by nas nie zmusił do odwiedzenia tego przybytku kurczaków z KFC, telewizorów od Samsunga i torebek z Paryża, gdyby nie potrzeba posiadania lekkiej spacerówki. Mieliśmy z nią przyjechać do Chin, ale pewna francuska właścicielka rozmyśliła się, kiedy byliśmy trzydzieści kilometrów od jej domu, i powiedziała: „wózka nie sprzedam”. Za namową więc naszych przyjaciół postanowiliśmy nie wwozić drzewa do lasu i zaopatrzyć się w „parasolkę” na miejscu. Niestety nasze pomysły zostały boleśnie zweryfikowane.

Mini Traper - Chengdu, pasaż handlowy Chunxi Lu

Chengdu, Chunxi Lu

Chińczycy używają wózków sporadycznie, przez co ich produkcja na Chiny jest niewielka. To z kolei rzutuje na słabą jakość i wysoką cenę pojazdów oraz tłumaczy dlaczego w kraju, który zaopatruje większość rynków świata, kupiliśmy brytyjski wózek, na dodatek wykonany w Wielkiej Brytanii. „iCandy” -- tani, lekki, bezpieczny i pozytywnie sprawdzony na kilometrach chińskiego betonu.

Chengdu, pomimo wielu mankamentów, kryje w sobie również miejsca piękne, warte zatrzymania, obejrzenia i zapamiętania. Polecamy park Renmin z przechodniami tańczącymi zarówno tai chi, jak i klasycznego walca, uprawiającymi wschodnie sztuki walki czy śpiewającymi na głosy narodowe pieśni patriotyczne; uroczo położony park Baihutan z relaksującymi chińskimi ogrodami; magiczną świątynię Qingyangparku Wenhua oraz rozmodlony klasztor Wenshu z przepyszną restauracją wegetariańską. Obok walorów wizualnych wszystkie wymienione miejsca wyróżnia coś jeszcze, cisza i zieleń. Bezcenne w podróżach z dzieckiem po betonowych, zanieczyszczonych i hałaśliwych metropoliach. Poza tym Mini Traper wchłonął amerykańskiego croissanta ze Starbucksa w odrestaurowanej dzielnicy Dragon Town, a my skusiliśmy się na jaśminową herbatę przy zabytkowej ulicy Qintai Lu.

Mini Traper - Chengdu, Klasztor Wenshu

Chengdu

Mini Traper - Chengdu, Renmin Park

Chengdu

Mini Traper - Chengdu, Baihuatan Park

Chengdu

Mini Traper - Chengdu, Qingyang Temple

Chengdu

Mini Traper - Chengdu, Baihuatan Park

Chengdu

Zwiedzanie zwiedzaniem, ale kiedy po dwóch dniach kłuje Cię w płucach tak, jakbyś wypalił wagon nikotyny, to oznacza, że czas najwyższy uciec przed chińskim smogiem. No i uciekliśmy, na początku zaglądając do znanego na całym świecie Ośrodka Badawczego Pandy Wielkiej. Rezerwat mieści się na obrzeżach Chengdu w północno wschodniej części miasta. Dostaliśmy się tam busem z naszego hostelu, płacąc za dorosłego 98 RMB (40 RMB przejazd w obie strony + 58 RMB bilet wstępu). Po drodze nie było łatwo. Najpierw jadący z nami Malezyjczyk miał piętnastominutowy atak kaszlu i do dzisiaj zastanawiamy się czy zaraził nas SARS-em, czy może ptasią grypą? Następnie po autostradzie szalały chińskie kobiety z miotłami sorgho, wykonanymi ze słomy ryżowej. Co robiły? Zamiatały! Zamiatały trzypasmową autostradę podczas porannego przejazdu milionów rodaków do pracy. W międzyczasie nasz kierowca skorzystał kilka tysięcy razy z klaksonu oznajmiając mijanym kierowcom, że będzie ich wyprzedzał, że właśnie ich wyprzedza oraz że już ich wyprzedził. Jednym słowem, Chiny.

Mini Traper - Chengdu, panda wielka

Bliźniaki

Na miejsce dotarliśmy ok. 8:30, zgodnie z sugestiami przeczytanych przewodników, obejrzanych blogów i zasłyszanych informacji. Pandy wielkie są leniwe i śladowe przejawy aktywności wykazują tylko podczas porannego karmienia. Dlatego zaraz po przekroczeniu bramy wejściowej ruszyliśmy co sił w wózku Zosi do pierwszego oznaczonego wybiegu. Niestety zamiast misiów zobaczyliśmy jedynie pracowników majestatycznie układających gałązki świeżego bambusa. Radzimy więc przed zwiedzaniem spokojnie wypić filiżankę kawy i zameldować się w rezerwacie nie wcześniej niż o 9:00. Pandy były przeurocze. Pogodne, wyluzowane, beztroskie i totalnie hedonistyczne: albo jadły, albo leżakowały, albo przysypiały. Białe misie od razu chciało przyczepić się do breloczka na klucze, a czerwone postawić na półce z najlepszymi pluszakami. Zosia zaprzyjaźniła się z parą puszystych bliźniaków, wyglądających jak własne odbicie, które pochłaniając bambusowe gałązki prawdopodobnie ani razu nie pomyślały, że można na przykład ukraść księżyc. Oczywiście tutaj należy dodać, że pomiędzy zdjęciem pandy białej a pandy czerwonej, przeciętny Chińczyk próbował uchwycić w kadrze europejski okaz Mini Trapera.

Mini Traper - Dali, atak na Mini Trapera

Mini Traper i chińscy paparazzi

Po misiach przyszła kolej na tajemnicze maski z brązu. Ustaliliśmy z kierowcą busa, że w drodze powrotnej podrzuci nas na dworzec ZhaoJiaoSi, skąd odjeżdżają autobusy do Guanghan. Jak się okazało, w Chinach czasownik „podrzucić” ma o wiele większe granice tolerancji niż w Europie, dzięki czemu po raz pierwszy w życiu zamiast słowa „zjeżdżać” użyliśmy terminu „schodzić z autostrady”. I to nie jakąś specjalną kładką dla pieszych, ale najprawdziwszym ślimakiem, z Zosią w wózku, pełnymi spodniami i sznurem samochodów po lewej stronie. Co ciekawe w naszym survivalowym marszu nie byliśmy osamotnieni, więc najprawdopodobniej autostradowe przystanki w Chinach są praktyką powszechnie stosowaną. W hali głównej przeskanowaliśmy bagaże, co jest naturalną procedurą, na wszystkich dworcach kolejowych, autobusowych i stacjach metra oraz kupiliśmy dwa bilety do Guanghan (każdy za 16 RMB). Słowo „kupiliśmy” brzmi dumnie, ale w praktyce ograniczało się to do pokazania w przewodniku nazwy miasta, napisanej po chińsku i wystawienia dwóch palców -- trudność zerowa, a efekt murowany.

Mini Traper - w drodze do Guanghan

W drodze do Guanghan

Godzinna podróż przeniosła nas czterdzieści kilometrów na północ od Chengdu do miasta, o którym trudno cokolwiek napisać, za wyjątkiem miejskiego autobusu numer 6. W nim za 1,50 RMB dojechaliśmy spod dworca do muzeum i byliśmy świadkami efektów socjalistycznego równouprawnienia chińskich kobiet. Pani szofer w śnieżnobiałych rękawiczkach konsumowała chińskie pierożki pomiędzy redukcją biegów a wyprzedzaniem na trzeciego, natomiast pani kasjer w mocno przybrudzonym prochowcu bezpardonowo spluwała przez rozsuwane drzwi na każdym przystanku. Jak można się domyślać panie nie wyglądały zbyt rozkosznie i czarująco, ale stanowiły uzasadnienie dla dziwnego święta z ósmego marca. Prawdopodobnie w tym jednym dniu mogły poczuć się prawdziwie kobietami!

Mini Traper - Sanxingdui Museum

Maski z brązu w Sanxingdui Museum

Muzeum Sanxingdui to hektary zieleni i zadaszonych pawilonów, gdzie zgromadzono najcenniejsze zabytki starożytnego królestwa Shu. Przede wszystkim zadziwiają potężne maski oraz Tongtianshu – magiczne drzewa z brązu. Całość prezentuje się dosyć zjawiskowo, przez co niektórzy uczeni przypisują zabytki pozaziemskiej cywilizacji, a Task Rosen z Brytyjskiego Muzeum uznał ich odkrycie za bardziej znaczące dla chińskiej historii niż Terakotowa Armia. W takim kontekście 82 RMB za wejście wydaje się uzasadnione, a niewielką rekompensatą tej ceny może być uroczy ogród nad malowniczym stawem. Mini Traper ze swojej strony poleca fantastyczne uszy i nosy w prezentowanych maskach oraz romantyczne kładki nad wodą, my natomiast zapraszamy do muzealnej restauracji, gdzie obok wielu smacznych dań można zamówić przepyszne bakłażany. W rankingu kulinarnym Ani „numer jeden” w Chinach.

Mini Traper - Sanxingdui Museum

W ogrodach Sanxingdui Museum

Powrót z Guanghan był trochę męczący z racji na miejski autobus numer 83. Jego trasa z dworca ZhaoJiaoSi do tzw. drugiej strefy Chengdu przebiega głównie przy budowanej linii metra, przez co prawie dwie godziny spędziliśmy w korku. Za to później poszło już ekspresowo. Wysiadka na Yihuanlu Beisanduan, przejście do stacji metra Renmin North Road i już po dziesięciu minutach Zosia machała do niewzruszonego Mao na placu Tian Fu, dzielnie pchając wózek w stronę hostelu.

Mini Traper - Chengdu, stacja metra Tianfu Square

Na stacji metra Tianfu Square w Chengdu

Podoba Ci się tekst? Bardzo się cieszymy! Daj znać innym, kliknij

16 odpowiedzi na „Mini Traper na tropie misia pandy

  1. Dorota pisze:

    Witam, na początku żałuję ze nie przeczytałam opisu Waszego wyjazdu do Chin. Trafiłam na tę stronę przez globetrotera po założeniu wątku o podróży z dzieckiem w Chinach. My zrobiliśmy trochę inną trasę (2 i pół tygodnia): Warszawa-Pekin-Luoyang (groty Longmen)-X’ian (terakotowa armia)-3 dniowy rejs chińskim statkiem po Jangcy zakończony oglądaniem tamy trzech przełomów- Shanghai-Warszawa. Lecieliśmy Aerofłotem i mam bardzo pozytywne wrażenia z podróży tymi liniami lotniczymi. Nasza mała jest starsza bo ma prawie 7 lat a i tak świetnie sobie dawała radę w Chinach i rzecz jasna wzbudzała zainteresowanie.Najgorzej było z jedzeniem bo ona z natury jest niejadkiem i nie za bardzo smakowała jej kuchnia chińska. Mieliśmy przewodnik po Chinach ze sobą ale w Chinach kupiliśmy chińskiego prepaida żeby mieć dostęp do internetu i na bieżąco szukaliśmy i rezerwowaliśmy noclegi przez internet no i szukając hosteli posługiwaliśmy GPS’em.. Co do porozumiewania się po ang to racja-problemy z tym mieliśmy również ale w skrajnych przypadkach posługiwaliśmy się Translator google. A poza tym bilety rezerwowaliśmy przy pomocy obsługi w hostelach. Nie narzekam na komunikację po podróżowało nam się wygodnie aczkolwiek Armaggedon na dworcach kolejowych nie do opisania 9zwłaszcza w Pekinie) to trzeba po prostu przeżyć:) my byliśmy w czerwcu więc było dosyć gorąco aczkolwiek podczas naszego rejsu po Jangcy dwa razy padał deszcz. Miasta-molochy nie zachęcające aczkolwiek najgorszy chyba był Pekin jak dla mnie. A poza tym bardzo miło wspominam te wyprawę. Ale fakt tłumy zwłaszcza w godzinach szczytu w metrze czy na dworcach straszne i ci wiecznie pchający się ludzie:) do przeżycia w sumie ale następnym razem wolałabym już raczej skoncentrować się na prowincji a nie miastach. Na koniec bardzo fajny pomysł z tym blogiem i w wolnej chwili poczytam o innych miejscach. Mi się marzy teraz wyprawa na Kubę:) Pozdrawiam serdecznie

    • Mini Traper pisze:

      Doroto wielkie dzięki za komentarz i wypowiedź na globtroterze. Dobrze, że nie przeczytałaś artykułu przed Waszym wyjazdem ponieważ jeszcze go nie było:) Zazdrościmy Wam Trzech Przełomów i Terakotowej Armii. Jak te Przełomy wyglądają? Ponieważ wielu turystów twierdzi, że po zbudowaniu tamy i podniesieniu poziomu wody nie robią już jakiegoś wyjątkowego wrażenia.
      Nie wiem jak Wy, ale my po Chinach rozczytujemy się w tym kraju (jak nie czytałaś polecam Troosta „Zagubiony w Chinach” – recenzja w naszej „Bibliotece”). To jakaś jedna wielka tajemnica. Oczywiście obowiązkowo chcemy tam wrócić. Ale to na razie melodia przyszłości. O Kubie też myślimy, jednak ciągle za nami chodzi Malezja, więc w przyszłym roku (już w „4”) pewnie obierzemy południowo-wschodni kierunek.
      Pozdrawiam:)

      • Dorota pisze:

        co prawda nie byłam w Malezji ale polecam Tajlandię jeżeli chodzi o wyprawę z dziećmi bo można odpocząć sobie na jakiejś fajnej wysepce z piękną plażą i cudowną wodą:) a poza tym atrakcje takie jak: przejażdżka na słoniu, oglądanie małpek, orchidei etc. w każdym nawet guesthouse w jakim się nocuje jest spora masa propozycji różnorakich wycieczek.
        A wracając do Chin to zapewne przełomy wyglądały wspaniale przed wybudowaniem tamy (woda podniosła się powyżej 100 m) ale moim zdaniem i tak warto je zobaczyć. A sama tamę można podziwiać z oddali. A co do Terakotowej Armii to moim zdaniem również warto ją zobaczyć (my wykupiliśmy sobie wycieczkę z hostelu z przewodniczką i w ten sposób zwiedzaliśmy tę atrakcję; dodatkowy plus bo można poznać innych turystów i mi szczególnie miło rozmawiało się z Amerykanami). Figurek żołnierzy z Terakotowej Armii jest mnóstwo i różnią się one od siebie.Atrakcją może trochę nietypową jest również staruszek (jeden z „odkrywców” Terakotowej Armii), który rozdaje autografy na zakupionych w sklepiku książkach o Terakotowej Armii. Kupiłam taką książkę z autografem mężowi bo akurat przypadały jego urodziny podczas naszej podróży:) A co do książek o Chinach to kupiłam trzy: Liao Yiwu: Prowadzący umarłych (Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych), Gao Ertai : W poszukiwaniu ojczyzny. Wspomnienia z chińskiego obozu pracy oraz….Beaty Pawlikowskiej: Blondynka w Chinach. Do tej ostatniej książki nie byłam przekonana ale urzekły mnie ładne zdjęcia no i zachęciły opisy dotyczące herbatki chińskiej. Będąc w Pekinie wstąpiliśmy do Tea House i zakupiliśmy cztery paczki herbaty chińskiej, którą teraz popijam w pracy aczkolwiek żadną koneserką herbaty nie jestem:) Pozdrawiam

        • Mini Traper pisze:

          Dzięki za nowe „chińskie” tytuły. Myślę, ze w duchu dwóch pierwszych napisana jest inna warta przeczytania książka – Jung Chang „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin”, o przemianach, które zaszły w ostatnim stuleciu z punktu widzenia trzech pokoleń. Herbatę oczywiście też piliśmy, ale najbardziej zaskoczyło nas dobre chińskie wino i kawa w Lijiang.
          O Tajalandii oczywiście również myśleliśmy i jeżeli Malezja nie dopisze pewnie wylądujemy w Bangkoku. Jeżeli tak rzeczywiście będzie na pewno zgłosimy się po info:)
          Pozdrawiamy z deszczowej Brukseli, w której nota bene mieszkamy.

          • Dorota pisze:

            A ja pozdrawiam z Warszawy pochmurnej raczej. A właśnie w Brukseli byłam tylko raz i tylko dwa dni:))) a co do Tajlandii to byłam tam 5 lat temu ale przypomne sobie w razie potrzeby.

          • Mini Traper pisze:

            Doroto, jak będziesz(cie) w Belgii czy w Brukseli chętnie posłużmy za przewodników po ciekawych miejscach. Chociaż to mały kraj, ma całkiem sporo miłych zakątków. À bientôt!

          • Dorota pisze:

            dziękuje za chęć pomocy w zwiedzaniu Brukseli:) a wolnej chwili zachęcam do lektury mojego lekkiego artykuliku w gazetce branżowej dotyczącego naszej podroży po USA (tez z dzieckiem) zatytułowanym: Yes We Did:) (przedostatni artykuł) Pozdrawiam

            http://www.oirpwarszawa.pl/pdf/116.pdf

  2. Magda pisze:

    witam,
    trafiam tu przez Globtrotera – tez mnie interesuje wyjazd z dzieckiem(dziecmi) do Chin, wiec wspaniale, ze takie informacje sa dostepne :). Niemniej teraz tylko o ksiazce Liao Yiwu: Prowadzący umarłych … wlasnie ja czytam i polecam. Chociaz przerazaja mnie te opowiesci prawdziwe …… coz za kraj, coz za kraj …..
    Bloga wpisuje do „moich ulubionych” i bede sledzic Wasze kolejne relacje z wakacji z duzym zainteresowaniem :)

    • Mini Traper pisze:

      Magdo, witamy na Mini Traperze

      Chiny… trzeba tam pojechać. Wszystko co przeczytasz i usłyszysz jest prawdą. Ale na miejscu i tak okaże się, że Chiny są… inne, dziwne, egzotyczne, wyjątkowe i straszne. Ten kraj nie pasuje do żadnych szablonów. Byłem trochę w Korei Płd., przez jakiś czas mieszkałem z Japończykami, ale Chiny… to całkowicie inna bajka.
      A ponieważ o książce Liao Yiwu pisała już Dorota we wcześniejszych postach, właśnie ją zamawiam i biorę się za lekturę.
      Dzięki za „ulubione” – Mini Traper też Cię lubi:)

  3. Magda pisze:

    Jestem bardzo ciekawa Twojej opinii po lekturze tej pozycji – mnie poki co „przeraza” – po przeczytaniu kilku pierwszych rozdzialow powiedzialam do meza „jak to dobrze, ze nie urodzilismy sie w Chinach” :)))). A jednak jest cos takiego w tej ksiazce, ze przyciaga … domyslam sie zatem, ze na takiej samej zasadzie przyciagaja same Chiny …
    Musze chyba wreszcie przyjac jedno z wielu zaproszen na konferencje, ktorymi mnie Chiny wabia i wreszcie sie tam wybrac.
    Poki co inne zakatki naszego globu mnie zauroczyly, na przyklad Syberia, Galapagos czy dzungla amazonska – ja sam widzis daleko mi poki co do Chin ale kto wie :)
    Gratuluje pomyslu na super bloga. Sliczna macie coreczke. Wspaniala sprawa, ze juz tyle doswiadczyla jesli chodzi o podrozowanie – zostaje to pozniej na cale zycie.
    Pozdrawiam, Magda

    • Mini Traper pisze:

      Jak tylko przebrnę przez „Umarłych…” podzielę się opiniami w „Bibliotece”. Oczywiście Chiny mogą poczekać, ale nie za długo, żebyś nie pojechała oglądać już tylko samych kopalń, elektrowni i oświetlonych biurowców:)
      Syberia i Amazonia powiadasz Magdo. Marzyłem kiedyś o spływie kajakowym syberyjskimi rzekami, podobno poezja! A tak na marginesie, jak się zwiedza Syberię? Czy tylko chodzi się po tundrze? Czy np. Syberia, to tylko Bajkał? Jest tam bardzo zimno? Jak wygląda baza noclegowa? Czy są jakieś szlaki turystyczne? Skrobnij coś, jak znajdziesz chwilę.
      Zosia dziękuje za komplement, a nam miło że „szwendasz” się po Mini Traperze:) Jeszcze dużo pracy na blogu, bo przez te trzy lata nazbierało się sporo tych wyjazdów, ale powoli będziemy zapełniać „literacki plecak” Mini Trapera.
      Pozdrawiam, Arek

  4. anka pisze:

    Cudowne miejsca:) Wasze zdjęcia robią wrażenie:) Pozdrawiam

  5. lila pisze:

    cudowne miejsce:) koniecznie muszę się tam wybrać:)

  6. Magda Z pisze:

    Arku, cudnie, ze trafiłam na Twoją relację, bo wybieramy się we wrześniu, póki co plany bardzo niesprecyzowane, nawet biletów nie mamy, więc chłonę wiedzę :)

    Pozdrawiam

  7. Magda L. pisze:

    Czy mozecie cos napisac o zakupach codziennych dla dzieci- chodzi mi o jedzenie np. w sloiczkach, pampersy itp. Czy sa dostepne tak, jak u nas? Czy szcespiliscie waszego malucha przed wyjazdem na cos?
    Pozdrawiam
    My wlasnie zabukowalismy Chiny :)

    • MiniTraper.pl pisze:

      Magdo, w miastach na pewno wszystko dostaniecie. Jeśli jednak wybieracie się w bardziej dzikie tereny to radzę wcześniej się zaopatrzyć. W Lijiang mieliśmy na przykład problem ze znalezieniem większego rozmiaru pieluch, więc Zosia chodziła w ciasnych rozmiarach. Co do słoiczków – nie wiem, bo Zosia już jadła normalne posiłki, ale przypuszczam, że reguła jest podobna. Dla Was natomiast jeśli jesteście amatorami kawy to polecam zabrać mały słoiczek, bo tego nam często brakowało (szczególnie na śniadaniu w hotelu).

Dodaj komentarz

Copyright © 2019 by Minitraper.pl
Blog oparty na Wordpress | Szablon na podstawie Engineering and Machinering