RSS

Jedzie się, czyli droga do Tbilisi

Na pytanie:”Jak dojechać do Tbilisi?” odpowiedź jest krótka. Samochodem do Pyrzowic -- trasą E75, samolotem WizzAir do Kutaisi i marszrutką na Plac Puszkina w stolicy Gruzji -- trasą E60. Zwyczajny banał. Warto przy tym pamiętać, że każdy gruziński kierowca ma na imię Gieorgij, stacje metra są tylko po jednej stronie drogi, a wózek na dziecko powinien być naprawdę lekki.

Po ostatnim piwnym toaście ryżowym Książęcym oraz rozpaczliwym pożegnaniu zakochanej pary z czarnego BMW, o 22:15 czasu warszawskiego instalujemy się w samochodzie i pod eskortą Marcina, wyruszamy na katowickie lotnisko. Pyrzowice jak zawsze o tej porze dnia toną w ciemnościach. Odprawa bagażowa podnosi nas na duchu ponieważ duża torba ma jeszcze 8 kg zapasu do przepisowych 32 kg, a Lidia mieści się w klatce sprawdzającej gabaryty bagażu podręcznego -- mankament, że za bardzo nie chce z niej wychodzić.
Przejście przez bramki po raz kolejny pokazuje, że polskie lotniska nie są w stanie odprawiać więcej niż dwa samoloty dziennie. Tym razem trafiamy na mistrza ceremonii, który pracując na lewej bramce nie przepuszcza nikogo przez prawą bez swojej zgody. Stojąc więc przed prawą bramką w megafonach słyszymy zachętę do szybkiej odprawy, a z lewej strony strofuje nas donośny baryton dyżurnego celnika: „Jeszcze nie przepuszczać. Jeszcze nie skończyłem u siebie.” I tak oto zajmując 5 pozycję w kolejce już po 45 minutach! jesteśmy po drugiej stronie lotniska z opadającymi spodniami, z racji na wyciągnięte paski i z mocno płaczącymi dziećmi, z racji na znużenie „wyjątkowo standardową” procedurą. W strefie duty free czekają na nas kolejne perełki lowe-costowych anomalii. Kolejka zwykłych pasażerów ustawia się pod znakiem szybka odprawa, a szybka odprawa oczekuje na wejście z pozycji zwykłych pasażerów. Później oczywiście wszystko się miesza, a Ci którzy chcą żyć w zgodzie ze znakami otrzymują pouczenie, że normalne wejście do samolotu jest jak zawsze tutaj, czyli pod znakiem „pierwszeństwo”. Bogu dzięki, że WizzAir ma złotą zasadę pierwszeństwa dla rodzin z dziećmi do 2 roku życia, dzięki której dosyć sprawnie omijamy zawiłe rozwiązania lotniskowych udogodnień i jako jedni z pierwszych zajmujemy strategiczne pozycje blisko wyjść awaryjnych. Startujemy punktualnie -- 15 lipca o godz. 00:35. W oddali gasną światła rozżarzonego Śląska. Dziewczynki wtulają się w ramiona mamy i już po 15 minutach raczą nas spokojnym, równomiernym oddechem. Lecimy do Gruzji.
Kutaisi wita nas gorącym porankiem o zapachu trawy. W hali przylotów dajemy sobie zrobić urzędową fotkę w nagrodę otrzymując kolejny stempel wizowy do paszportowej kolekcji. Bierzemy bagaże, wychodzimy z lotniska i… natrafiamy na przekrwione oczy gruzińskich szoferów. Te oczy nie pytają, one krzyczą w stronę zdezorientowanego turysty: Batumi czy Tbilisi?! W takiej sytuacji mamy trzy rozwiązania. Pierwsze. Nie oponować i potulnie przyjąć zaproszenie do taksówki (między 100 a 140 lari do gruzińskiej stolicy). Drugie. Grać na zwłokę, mówiąc: „Pażałsta Georgij (generalnie każdy taksówkarz w Gruzji to Gieorgij) mnie nada padumatć”. Trzecie. Za bardzo nie wdawać się w rozmowę, wrócić na lotnisko i przy wyjściu kupić oficjalny bilet na marszrutkę do Tbilisi (20 lari -- osoba dorosła, 10 lari -- dziecko powyżej 4 lat, dzieci poniżej 4 lat za darmo). My wybieramy trzecie rozwiązanie i już po 30 minutach wjeżdżamy na międzynarodową drogę E60 prowadzącą przez Tbilisi w kierunku północno-wschodniej granicy z Rosją.
Jedziemy prawie 5 godz.z jednym postojem. I już wiemy, że warto było w lotniskowym kantorze wymienić trochę grosza (przynajmniej 20 lari) na przysłowiową wodę. Nie mając rodzimej waluty, kupujemy 1,5 litrową butelkę za 1 dolara (1,745 lari). Podczas drogi ostro przysypiamy, co niesie ze sobą same plusy. Odpoczywamy, nie czujemy żaru z nieba, a przede wszystkim nie patrzymy na drogowych kamikadze, którzy swoją jazdą dają wyraźnie do zrozumienia, że to ostatnia wyprawa dla nich i dla wszystkich, których mijają. W skrócie można opisać ją kilkoma zasadami. Zawsze wyprzedzaj na trzeciego na linii ciągłej, nie hamuj przy krowach wchodzących na drogę, kiedy wyprzedzasz na pasach zatrąb lub postaraj się zgrabnie wyminąć pieszego. Wszystkie powyższe zalecenia stosuj bez względu na to czy posiadasz kierownicę z prawej czy z lewej strony.
W Tbilisi zatrzymujemy się na Placu Puszkina, szybko odnajdujemy na mapie hotel David L. i piechotą zmierzamy na drugi brzeg rzeki Mtkwari w pobliże stacji metra Avlabari.
Pierwsze wrażenia ze stolicy. Jest gorąco, ciasno, górzyście, ruchliwie, nieprzyjaźnie dla wózków, ale jednocześnie pięknie, tajemniczo i klimatycznie. O godz. 16:00 wchodzimy do hotelu. Jest dobrze urządzony, klimatyzowany, ale jak na swoją cenę -- 150 lari za pokój -- zdecydowanie za drogi. Tym bardziej, że pokój, który otrzymujemy nosi znamiona całkowitego zalania, na co zresztą wskazuje bardzo, ale to bardzo nieprzyjemny zapach. Myślę, że przy lepszym rozeznaniu rynku można by znaleźć spanie z łazienką w granicach 80/100 lari za noc.
Po krótkim odpoczynku udajemy się na pierwsze zwiedzanie gruzińskiej stolicy. Zaczynamy od stromego zejścia w dół w stronę Kościoła Metechi. Przechodzimy przez most o takiej samej nazwie i zatrzymujemy się na placu W. Gorgasalgo, a dokładnie w gruzińskiej restauracji. Tutaj spożywamy pierwsze w naszym życiu kinkali. Zgodnie z instrukcjami Ani i Marcina, z książki „Guamardżos”, powoli wysysamy przepyszny rosół i zjadamy ciasto z mięsem, warzywami i grzybami. Fantastyczne doznanie. Dziewczynkom trzeba trochę oczyścić „środek” z zielonych przypraw, które są niezwykle aromatyczne, aby w zamian zobaczyć ich profesjonalne wgryzanie się, wysysanie, i spożywanie gruzińskiego pieroga. Balsam dla oczu każdego rodzica.
Syci i zadowoleni z kolacji za niecałe 15 lari włączamy traperską „szwendaczkę” i urokliwymi uliczkami starego miasta wyruszamy w kierunku Placu Wolności z pozłacaną figurą św. Jerzego, patrona Gruzji. Chodniki są nierówne, spady duże, ludzi multum, żar nieustanny, ale miasto swoimi neonami, światełkami i rozgrzaną atmosferą, zaprasza do pozostania w nim jak najdłużej.
Pod św. Jerzym (gruzińskie Gieorgij) rozwiązujemy zagadkę oryginalnego imienia dla wszystkich taksówkarzy i większości obywateli Gruzji rodzaju męskiego. Tutaj też odnajdujemy przy Alei R. stację metra. Kupujemy kartę za 1 lari i dokładając kolejne 2 lari (1 lari -- bilet w jedną stroną, dzieci za darmo) opuszczamy się w tbiliskie podziemia. Schody ruchome jadą z zawrotną prędkością i są, jakby to powiedzieć, baaaaardzo długie. Na peronie panuje miły chłodzik, a pociągi dla lepszej orientacji zagubionego turysty mają z przodu kolorowy napis „Metro Tbilisi”.
Przeleciawszy 3000km samolotem, przejechawszy 220km samochodem, przemierzywszy 5km piechotą i wózkiem, zjechawszy 100m schodami ruchomymi i minąwszy 2 stacje metra bezwładnie rozkładamy się na hotelowych łóżkach. Przywitanie z Gruzją uważamy za dokonane. Gamardżoba Gruzjo!

Gruzja i Armenia w obiektywie

Podoba Ci się tekst? Bardzo się cieszymy! Daj znać innym, kliknij

Dodaj komentarz

Copyright © 2019 by Minitraper.pl
Blog oparty na Wordpress | Szablon na podstawie Engineering and Machinering